Über­setzungen

Aus dem Französischen:

Tristan Corbière: Still-Leben

Den Kuckuck, Pendel alter Zeiten,
Aufgestört aus Dunkelheiten
Hat der Trauerangelus.

Und den Kauz im Fiederprunken,
Wächter er ob Kerzenstrunken,
Gleißend in der Augen Fluß.

– Merk auf der Eulen Schweigestille …
– Ein hölzern Gellen: sieh, es will
Todes Karre lang den Weg.

Und vergnügt kreist überm Dache
Krähentier, wo Totenwache
Dem, der morgen geht, man pflegt.
Bretagne.-April.

Tristan Corbière:
Schluß­sonett aus dem Sonet­tenzyklus „Paris“

Du lachst. – Auch recht! – Dann gib vom Bittern.
Nimm den Hieb, Spott-Mephisto.
Absinth! vom Geifer Lefzen zittern …
Sag, es käm von Herzen so.

Die Liebe streich … das Liebesklittern,
Posthum Werk aus dir erloh‘.
Und die vernarbten Lungen wittern
Ruhmesmiasmen, Sieger, oh!

Genug, nicht wahr? Auf!, fahr dahin,
Hellerbörse, Schlußgespielin,
letzter Freund – Pistolenschatz.

Ein Narr, vorbei, mit einem Fatz!
… Sonst steh! und trink den Lebenssatz
Vom abgedeckten Tisch. Mit Latz …

Mehr zu Tristan Corbière in meinem Essay L’art ne me connaît pas

Maurice Rollinat: Der Sukkubus

Fasernackt und die Brust, die laut wogt, die laut bebt:
Die Knospe des Puffs, der Spelunke, der Gossen
Zog träge die Bänder so rot, wie zum Possen,
Über lange schwarze Strümpfe, die duftig gewebt,

Da nun jäh ihre Beute im Leid sich erhebt:
„Ein Nebel ist um mich, es tost wie von Trossen!
Wo bist du, meine Kleine? Mein Leib bald verflossen,
Und mein Blick bricht, nun komm! Ich begehr dich entlebt!“

Bei den Worten frohlockt die Vampirin vor Spott:
„Wenn du just bis zum Ende willst hecheln den Trott,
Rat ich wohl dir“, so sprach sie, „und schon‘ deinen Hals.“

Und kühl nahm sie es hin, verlacht‘ die grausen Qualen,
Um mit schalkhaftem Wink sein Lebwohl jedenfalls
Wie den Japser im Tod noch mit Hohn zu bezahlen.

Aus dem Spanischen:

Rubén Darío: Lichtwärts die mysteriöse Rose

Lichtwärts die mysteriöse Rose,
Wo sie just begraben
Ist dies Tat dreizehn, welche große
Herkul hat zu wagen.

Mond, dein frohes Gleißen,
säumst, Fels, die Stunde.
Doch tausend Blanktopps reisen
Am Himmelsrunde.

Es trägt meine Schaluppe
achtern goldne Sonnen,
Erspäh auf Stieres Kruppe
Ich nun Europas Wonnen.
Atlantischer Ozean 1907.

Rubén Darío: Rosen und Lilien

Wider alle Qualen, wider Traurigkeiten
Wenn auf bare Häupter schnei’n die rauhen Zeiten
Und die Ängste tosen:
Dies sind die Momente für die roten Rosen.

Doch für Augenblicke schwang’rer Illusionen,
Die sich müh’n dem Herzen Blumen einzuthronen
– Liebliche Delirien -:
Weiße, weiße Lilien.
Madrid, Dezember 1908.

Aus dem amerikanischen Englisch:

Robert Frost: Glut und Eis

Man sagt: die Erde stirbt in Glut
Man sagt: nein – Eis.
Für meinen Teil an Lebenswut
Halt ich’s mit euch, die stehn zur Glut.
Doch wenn’s mich zwiefach auch zerreißt:
Ich bin vertraut mit soviel Haß,
Mein‘ wohl, daß zur Zerstörung Eis
Nicht minder kraß
Zu wirken weiß.
(1920)

Aus dem Ungarischen:

Attila József: Ad sidera

Mutter, dein trübes Aug‘ erblickt nicht mehr,
Endlose du und Stumme auch schon,
Pein, die bleiern Fäuste ballt und Sohn,
Des Schädel knirschend kracht vor’m Hammer her.
Mutter, nicht eines Krumen Brots solch Leben
Lohnt. Doch atm‘ ich heitrem Werden, Streben:
Nimmer Geldes wegen heisre Kinderkehlen.
Klagen soll sie erfüllen an der Mutter Grab,
Und länger nicht stößt den Mensch in sein Leid hinab
dies – Geld.

Die Originaltexte sind, mit Ausnahme von Robert Frost, gemeinfrei (Public Domain). Die Rechte an meinen Übersetzungen liegen bei mir, es gelten die Spielregeln für unerlaubten Nachdruck und Verbreitung urheberrechtlich geschützten Materials. Bei Interesse an der offiziellen Weiterveröffentlichung bitte ich, mir eine Mail zu senden.

Eigene Texte in anderen Sprachen

Übertragungen ins Polnische, Ungarische, Englische

Martin von Arndt: Dzieci Bukaresztu

Übersetzung von Katarzyna Krenz / przełożyła Katarzyna Krenz

Kawki mają swój własny Psałterz:
JakTyMnie.

Arszenik miasta,
Bezkres, kres wszystkiego – Endlösung.

Złowieszczy grymas codzienności,
W zapomnieniu płomienie gaszą się nawzajem.

I jeszcze: ostatnie uderzenie serca,
A przed tobą pustkowie, exodus.

I znowu: echo
Wołania o prośbę, choćby o jedno słowo.

Belki deszczu
rozpryskują się w kryształy nocy,

CH2 = CH – OOC – CH3 –
To może taka właśnie ma być ulica

Martin von Arndt: Małe, senty­mentalne opowia­danie

Übersetzung von Jacek Slaski / przełożyła Jacek Slaski

Ktoś stoi na ulicy.
Stoi.
Nierozsądny. Jest nierozsądny jak my wszyscy, którzy posiadamy konieczne trzeźwe spojrzenie na świat a istotna zmiana w naszym usposobieniu i tak jest niemożliwa.
Stoi na ulicy i zagląda w okno, promieniujące pełnym światłem i nadętym ciepłem, gdy na zewnątrz zamarza lód na placach i noc nie zaprasza do stania.
Zagląda w to oddalone okno i robi koniec z urojeniem, jakoby to nie było ojczyzną. Kto tutaj czuwa – żyje.
Stoi tam już dosyć długo. Tak długo, aż palce u nóg milczą do niego: Jesteśmy ciałem już nie z twojego ciała i prawie musi grymasić na myśl o tym.
Ale wkońcu – postanawia, pójść tam, zbliżyć się do światła i sam zobaczyć, poczuć, zwęszyć, co to jest: ciepło, piec, dom.
Idzie tam i rozpoczyna poszukiwanie, szuka, nie powoli, szuka i znajduje, puka do drzwi.
Pukanie. Ktoś zapukał do drzwi.
Wewnątrz ktoś niepewnie nasłuchuje. Czytał. Teraz zapukało u drzwi. Zaciąga brwiami groteskowe esy-floresy, jest niezdecydowany, czy ma odłożyć książkę na bok czy zaraz do niej wróci, ponownie słyszy pukanie i pędzi do drzwi.
Otwiera.
Cóż, ktoś w okularach, stoi i wnosi zimno.
Wejść?
Jest późno, tak, poza tym czytał. I. Wkońcu. Wkońcu.
Wkońcu to jest, może to jest właściwy dzień na spotkanie i tak wpuszcza go.
Ten rozgląda się. Ponownie szuka, ale niezbyt szybko i nie patrzy chciwie. Nie jest też bojaźliwy; ten drugi owszem. Bojażliwy, trochę podrażniony, spragniony otwartej książki.
Ale ten tam, ten rozgląda się tylko.
I uśmiecha się niespodziewnie: tak, tak jest dobrze, to jest to: ciepło, piec, dom.
I śpeszy z wyjaśnieniem: nie, że chciał przeszkodzić. Nie ma żadnego interesu, to nie to. Tylko wejść chciał, poczuć, zobaczyć, powęszyć, dom. Nie, że jakoby to jego, proszę, niech nie myśli, że rozkoszuje sie w nieprzyzwoity sposób wyobrażeniem, że te książki (a szczególnie ta świecąca światu otwartą stroną 158, na którą ten drugi właśnie kieruje swój żałosny, w połowie pozbawiony nadziei wzrok), ta gorzałka, te nieuporządkowane papiery, te noże i widelce, które się nie błyszczą, lub tych niewiele ubrań w szafie, której drzwi od lat nie dają się poruszyć, są jego; chciał raczej skosztować obcego ogniska domowego, przez moment w obcym czuć się jak u siebie, krótko: szuka „ starej ostoi”.
Ten drugi opryskliwie zamyka książkę. Teraz jednak. Teraz już dosyć. Zostaje jednak zparowany: nie, nie, on chciałby, on nie mógłby zostać. Tylko na te kilka minut.I potem będzie już dosyć, to prawda.
Nawiedzony bębni czterema palcami w książkę. Wzroki obydwu krzyżują się, najpierw na koniuszkach palców, potem na oprawie książki. Obcy kiwa głową.
Zna je, to opowiadanie, w końcu takiego Pjotra Werchowenskijego nie wypycha się z mózgu.
Tak, to, to może się zgadza, choć on wprawdzie jeszcze nie. Ale, może zechciałby chociaż usiąść. I: kawy w domu nie ma, ale może herbaty – szklaneczkę może – szklaneczkę, dobrze.
Nastawia więc wodę i już nie czuje się tak nawiedzonym, ponieważ odwiedziny, z tym nikt by się nie liczył o tak późnej porze i przy tym – sybiryjskim niemal – mrozie.
Tak tak, mówi intruz, którego teraz bolą palce u nóg, kiedy ostrożnie opuszcza się na krzesło, tak, jakby już się zgodził z płytkimi aluzjami tego, który głośno uwija się w wnęce.
Herbatę może, może kieliszek gorzałki do tego, do tego noc, mróz, dom, ciepło, piec i światło. Zajechało się więc, tak chyba należy to nazwać, i nie zdjęło się płaszcza i nie ma się też takiego zamiaru, i tak się siedzi i muska czule ułożony stos rupieci, z których samemu nie obskubało się bazary tej ziemii, i domyśla się i nie wie, skąd pochodziła ta fotografia i której miłości się ją zawdzięcza, a jednak to wszystko jest – dobre.
A gdzie się pije, tam się też gawędzi, żartuje, może prędko płacze. I kiedy urojenie, że to nie ojczyzna, jest wtedy daleko, bardzo bardzo daleko, wstaje niespodziewanie, ten nierozsądny, i naraz zamyka drzwi.
Ten drugi jednak zostaje z gorzałką, herbatą i pustym spojrzeniem. I już nie chce dotknąć książki, nie chce też siedzieć, zostaje z niepewnym pragnieniem, sam.
I nagle – te książki i ta gorzałka, te nieupożądkowane papiery, te noże i widelce, które się nie błyszczą, lub tych niewiele ubrań w szafie- już nie są mu domem.
Stoi taki jeden. Stoi przy oknie.
Stoi. I wygląda na oddaloną ulicę, w mróz, w noc.

Martin von Arndt: Beavatás

Öregedni. És tudni, hogyan vigyorog vállaid fölött a megbánás. Napról napra. Szegényebbé lenni. Szegénnyé lenni. A megbánásból táplálkozni. Meglopva. Ez az a szó. Ez a szó. Rászedve egy kotnyeles, ősi lélek által: „Mi piszkálja a csőrödet, testvér? Hát nem szívtad magadba már az első levegővel nincs-telenséged tudatát?“
És meghalnak az első barátok. Elesnek, és te nem tudod, a front melyik oldalán álltak. Vagy nem sejted, hogy minden nap így megy ez és te mindenre egyformán figyelve nem adtál senkinek semmit.
Tudni. Egyedül tudni. Te tudod. A másik nem. S elmész te is, miként a másik is, el a tudásod mellett, s nem ügyelsz egyetlen szóra sem. Már régen félig vak vagy, s a szemed világával oda az év is.
Öregedni, és tudni, hogy a napok nem irányítják az életet.
Megkísérelni belopni magad az emberek szeretetébe, megkísérelni beléjük lopni magad. Nem tudod biztosan megnevezni, mi késztetett arra, hogy ilyen létért versengj. Nem is versengtél. Alkonysötéten buksz el. Alkonysötéten a tükörviaszba.
(Idióta! Próbálj meg, így szóltál magadhoz boldogságot találni a létezésben. Vagy legalább értelmet.)
Méghogy az emberek az életben hasonlítanak egymásra. S nem a halálban.
Öregedni. Öregedni. És fölnőni az élethez, mint egy buján zöldellő ligethez.

Erstpublikation in: Magyar Napló, Zeitschrift des Ungarischen Schriftstellerverbands, Nr. 2 / 2002. Dank an die Übersetzer!
Bei Schwierigkeiten mit der polnischen oder ungarischen Zeichendarstellung wählen Sie bitte den Zeichensatz Mitteleuropäisch ISO-8859-2.

Martin von Arndt: Children of Bucharest

Übersetzung von / Translation by Johannes Beilharz

The jackdaws know their own psalter:
Titfortat

Urban arsenic
Here infinity, there final solution

Day’s smirk
One blaze extinguishes another, farther away, in oblivion

And also: heart perished
And wasteland ahead of you, exodus

Then: reverberation before
Supplication, for an arrival

Bars of rain
Spreading into night crystal

CH2 = CH – OOC – CH3 –
Meant to be a street

Teilen: 
Share